Mały słownik (staro)polskich obyczajów wielkanocnych

Posted on 08-04-2020 , by: Helena Tindall , in , 0 Comments

 
Mamy przyjemność zapoczątkować serię artykułów, które ukazały się dotychczas w magazynie „Culture Avenue”, redagowanym przez naszą koleżankę Joannę Sokołowską-Gwizdka.Witryna jest obecnie niedostępna dla czytelników z powodu cyberataku. W międzyczasie, wybrane artykuły będą prezentowane na stronie Austin Polish Society.Jeśli chcesz przyczynić się do odtworzenia magazynu “Culture Avenue” i jej zasobów, możesz pomóc poprzez stronę GoFundMe.

 

   

Stefan Król (Kanada)
Artykuł ukazał się w magazynie „Culture Avenue” na Wielkanoc 2019 r.

  Zamiast wstępu

Minęły wieki, a tak jak niegdyś znicz od pogan strzeżony, tak jak pogańskie
pamiątki od ludu przechowywane – pielęgnujemy dawne przodków obrzędy: to co
weszło w zwyczaj. niech zwyczajem zostanie, w to, co było, cośmy od Ojców
zasłyszeli, lub sami jeszcze widzieli, przekażmy tym, co po nas przyjdą; pomni,
że gdzie była przeszłość, tam i przyszłość będzie…

Leon Potocki, „Świecone, czyli pałac Potockich w Warszaawie”, 1854 r.

     Baba Wielkanocna. Bab zawsze było w Polsce co niemiara. Chodzi oczywiście o rdzennie
polski specjał wielkanocny i chlubę staropolskiej kuchni (wypiekano je już w XVII w.). Były więc
baby „puchowe”, ”polskie”, „ukraińskie”, „podolskie”, „krakowskie”, „warszawskie”. Były baby
„migdałowe”, „muślinowe” – dla równosci dziurek w cieście tak nazwane, „razowe”, „pospolite”.
Wszystkie, łącznie z tą ostatnią, wymagały wiele zachodu – bez przedświątecznego nastroju trudnego
do urzeczywistnienia.

   fot. arch. Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu

Hałas, rejwach, rwetes, wrzawa,
łoskot, łomot jak w młockarni,
w izbie parno, świst, kurzawa,
Drzwi wciąż skrzypią do spiżarni.
Znoszą masła, jaja, sery,
Mąki, cukry i korzenie…

To dziewiętnastowieczny rymowany opis przygotowywania do pieczenia baby wielkanocnej. Rwetes
przygotowania rozpoczynał się zwykle w poniedziałek lub wtorek Wielkiego Tygodnia. Po zebraniu i
przygotowaniu składników (moczono szafran w wódce, mielono migdały, tłoczono w moździerzach
wanilię…) rozpoczynało się wyrabianie ciasta. I to był początek prawdziwego misterium. Zamykano
drzwi, uszczelniano okna, aby nawet najlżejszy przeciąg nie oziębił ciasta, inaczej źle by rosło.
Wyrobione ciasto nakładano do form, przykrywano białymi, lnianymi, ogrzewanymi ściereczkami,
żeby się „nie przeziębiło”. Od tego mometu kończyły się „hałas, rejwach, rwetes, wrzawa”, kończyła
się bieganina, a nawet głośne rozmowy. Mówiono szeptem, poruszano się na palcach. Wkładanie i
wyjmowanie z pieca odbywało się w grobowym milczeniu, żeby najmniejszy hałas nie zaszkodził
delikatnemu, wypieszczonemu ciastu. Potem następowało chłodzenie baby. Ale o tym niech nam
opowie Jarosław Iwaszkiewicz, który obserwował ten rytuał w dzieciństwie: Gdy wreszcie baby
upiekły się – a siedziały w piecu ze dwie godziny, przy czym cały czas trzeba było chodzić na palcach i
mówić szeptem – nastepował dramatyczny moment wyjmowania z pieca. Wtedy trzeba było wytężyć
całą uwagę po to, aby się jeszcze gorące ciasto nie wykrzywiło (…). W tym celu wprost z form baby
przekładano na poduszki i dziewczęta kuchenne kołysały je na paluszkach, jak usypiające dzieci,
dopóki ciasto nie ostygło. Niezapomniany był to widok, kiedy grono kobiet z poważnymi minami
kołysało owe baby w obrzędowy sposób, jak gdyby od tego zależały losy świata. Przy tak hołubionym
wypieku zdarzały się, rzecz prosta, „klęski urodzaju”: niejedna w piecu czasem tak urośnie, że się lukta
potem prowadzi czy babę rozkroić, czy piec rozwalić, aby babę z niego wydobyć – pisze w 1854 r. Leon
Potocki. Tenże Potocki pisze jeszcze: Na Ukrainie dotąd jest zwyczaj iż w folwarku, kędy pieką baby,
przewożą je potem na taczkach do dworu. Nasze kilogramowe mizeroty nawet równać się nie mogą z
taczkowymi kolumbrynami. Nie mamy pieców chlebowych, nie mamy stu jajek, dziewki kuchenne
musi zastępować mikser, w dzisiejszym z radiofonizzowanym świecie z ciszą też mamy kłopoty – a
jednak żal by było, gdyby baby zeszły z tego świata do krainy cieni bezpotomnie. Niechby zostały
chociaż babki.

     Groby Pańskie

Noc na dworze – a w kościółku
Uroczyste światła płoną;
Grób Chrystusa oświetlono
Od podłogi do wierzchołka.
Malarz wiejski prosty, tani,
Wymalowal skały groty.
Wymalował szczyt Golgoty
I trzy krzyże widne na niej.
Władysław Syrokomla

Staropolska Wielkanoc, Bronisława Rychter, olej na płótnie

W ubogim wiejskim kościółku malarz „prosty, tani” dokonywał wystroju Grobu Pańskiego. W
większych miastach, gdzie kościołów było kilka lub nawet kilkanaście Groby były bardziej okazałe,
czasami grzeszyły wręcz przepychem. Rywalizacja pomiędzy parafiami a także między
zgromadzeniami zakonnymi w urządzaniu Grobów Pańskich sprawiała, że bogactwem wystawy i
pomysłów polskie Groby Pańskie wprawiały często w zdumienie cudzoziemców. Za panowania
Augusta III – jak opisuje Jędrzej Kitowicz w swoich Obyczajach – Groby robione były w formę
rozmaitą stosowaną do jakiej historii z Pisma Świętego (…) reprezentowały Abrahama patriarchę,
syna swego Izaaka na ofiarę zabić chcącego (…) Albo Daniela Proroka w jamie między lwami
zostającego (…) Albo Jonasza, którego wieloryb połyka paszczą swoją (…) Górę kalwaryjską z
zawieszonym na Krzyżu Chrystusem, z żołnierzami, którzy go krzyżowali i z tłumem żydostwa, którzy
się temu krzyżowaniu przypatrowali.
Polski „duch narodowy” zwykł był sprowadzać historie biblijne pod polskie niebo i przykrawać
na rodzimą miarę. Rychło więc zaczęły się pojawiać elementy narodowe w ubieraniu Grobów
Pańskich. W XVII w. w jednym z kościołów warszawskich ułożono Grób z samych szyszaków, tarcz,
szabel i innych militariów. W okresach niewoli sarmacki przepych znikał, a Groby przekształcały się w
symbole. W 1942 r. na przykład w kościele św. Anny w Warszawie Grobem Pańskim Były zwęglone
belki, pasma kolczastego drutu, surowy czarny krzyż i zmizerowany jakby wykradziony z obozu
koncentracyjnego trup Zbawiciela. Tradycja Grobów-symboli odrodziła się znowu w okresie wojny
polsko-jaruzelskiej.
Przy Grobach straż pełnily specjalne warty. Kitowicz opowiada iż tradycją było, że kościele
kolegiackim straż pełnili drabanci królowej, a uśw. Trójcy artyleria koronna przy broni. W moim
rodzinnym kościele parafialnym straż pełnili strażacy.

     Pisanki. Zdaje się, że stary problem: co było pierwsze jajko czy kura należy rozstrzygnąć na
korzyść jajka. W każdym razie Rzymianie zaczynali wszystko ab ovo czyli od jajek. Według podań
ukraińskich pierwsze jajko zniósł kogut (a więc nie kura), gdy świat był jeszcze pusty. Z tego jajka
wypłynęło siedem rzek, które nawodniły doliny i wszystko się zazieleniło. Można było śpiewać „Na
zielonej Ukrainie…”.

Tygodnik Ilustrowany, XIX w.

Początki zwyczaju malowania jajek giną w tzw. „pomroce dziejów”. Do Polski pisanki
przybyły prawdopodobnie razem z chrześcijaństwem. W każdym razie Wincenty Kadłubek w swojej
Kronice z początku trzynastego wieku pisze: Polacy z dawien dawna byli zawistni i niestali, bawili się
z panami swemi jak z malowanymi jajkami. Nie wdając się w dyskusję ze znakomitym autorem
zauważmy, że niestali Polacy przynajmniej w jednym byli stali: w malowaniu pisanek . Zwyczaj
przetrwał w żywotnym stanie do naszych czasów, a w zabawie, którą użył mistrz Wincenty do
charakterystyki rodaków miałem szczęście, jako mały chłopiec, uczestniczyć (w Janowie Lubelskim).
Nazywała się wtedy „grą w bitki”. Na specjalnie urzadzonej na ten czas pochylni zderzało się jajka;
pęknięte jajko było wygraną właściciela mocniejszego jajka.
Pisanki były ulubionym podarunkiem wielkanocnym.Całe ich stosy ofiarowywano w dowód
przyjaźni najbliższym i przyjaciołom. Podarowanie pięknie zdobionego jajka było wyrazem dobrych
życzeń i serdecznych uczuć. I choć pewnie nikt dzisiaj nie maluje stosów pisanek, to przecież
twórczośc pisankowa jest ciągle żywa. Zdarza się, że zdobienie pisanek łączy dziadków i wnuków. Z
korzyścią dla obu generacji: dziadkowie mają odmładzającą zabawę, dzieci biorą udział w dorosłym
rękodziele.

     Poświęcenie ognia i wody. W Wielką Sobotę ognia i wody naświęcić, bydlo tym skropić i
wszystkie kąty w domu to też rzecz pilna – zalecał Mikołaj Rej. Poświęcenie ognia zawsze odbywało się
na zewnątrz kościoła na placu przy kościelnym. Etnograf Franciszek Gawełek (1884-1919) tak opisuje
ten obrzęd: Do dużego stosu najrozmaitszego rodzaju drzewa, jak starych krzyży,gałęzi tarniny itp.,
zgromadzają się wierni w skupieniu oczekując przybycia księdza. Młodzież staje najbliżej ogniska.
Ogień rozniecono, ceremonia dokonana. Zaledwie ksiądz zdołał się oddalić, a już ta sama gromada,
która przez chwilę była w takim skupieniu, rzuca się na ognisko, nie czekając aż ono się wypali, aby
zdobyć choć jeden ogarek, choć jedną gałązkę poświęconą, którą z radością zaniesie do domu, jako
ochronę przed burzami i gradami. W latach wczesnej młodości sam bywałem w tłumie cisnących się
ludzi by zdobyć- koniecznie nadpaloną – gałązkę tarniny. Do dziś noszę w uszach wielkosobotni śpiew
skowronków, który towarzyszył mi w drodze do kościoła. Pamiętam także jak przygotowane przez
Ojca ziarno siewne Mama zawsze kropiła przyniesioną przez mnie wodą święconą.
Po poświęceniu ognia i wody, gdy ksiądz zaśpiewał Gloria rozdzwaniały się wszystkie dzwony
– w Wielki Piątek zastępowane kołatkami. Z sobotnim Gloria i dzwonami wiąże się interesująca
legenda o Lucyperze władcy ciemności. Pan Jezus po śmierci wstąpił do piekła. Tam rozkazał
archaniołowi Gabrielowi przykuć Lucypera łańcuchem do kamiennego słupa. Łańcuch zawierał tyle
ogniw ile jest dni w roku. Lucyper codziennie przegryzał jedno ogniwo; na ostatni dzień przed
zmartwychwstaniem pozostawało do przegryzienia ostatnie, lecz dźwięk dzwonów wielkanocnych
zwiększa ogień piekielny, ogniwa ponownie się spajają i Lucyper zostaje uwięziony na kolejny rok.
Lucyper uwolni się na sądny dzień przy końcu świata. Nie stanie się to jednak dopóty, dopóki w
Wielką Sobotę bedą biły dzwony kościelne.

     Rezurekcja. Zygmunt Gloger w Ecyklopedii Staropolskiej pisze: Rezurekcja to obrzęd radosny,
w krajach słowiańskich powszechny (…). Polega on na wyniesieniu Najświętszego Sakramentu z tzw.
grobu i trzykrotnej uroczystej procesji wokoło kościoła wśród pieśni wielkanocnych. Obchód powstał z
misteriów średniowiecznych, a na jego rozszerzenie wpłynęli bożogrobcy.
Gdy biły dzwony na rezurekcję, wszyscy spieszyli do kościoła. Wierzono, ze kto nie pójdzie
wtedy do kościoła cały rok będzie chorował. Ponadto, kto przespał rezurekcję nie miał prawa jeść
święconego. Rezurekcja była bardzo niebezpieczna dla czarownic; W folklorze żywieckim istnieje
bowiem podanie,ze jeśli w procesji bierze udział czarownica, to musi się coś takiego wydarzyć, co nie
pozwoli jej trzykrotnie obejść kościola – rzemyk od kierpca odpadnie, spódnica się oberwie… Będzie
więc rozpoznana. W czasie rezurekcji kościoły zalegały tłumy – trzeba koniecznie powiedzieć:
uroczyste tłumy, różniące się od zwykłych tłumów jakąś trudną do opisania radosną powagą. W czasie procesji triumfalnie brzmiała i brzmi dzisiaj zwycięska pieśń zmartwychwstania: Wesoły nam dziś
dzień nastał. Jedna z najpiękniejszych pieśni z repertuaru polskich pieśni religijnych wieści ludziom
radość zmartwychwstania przynajmniej od pięciu wieków. Brzask chłodnego poranka, dźwięk
dzwonów, zapach kadzideł, wędrująca po baldachimem razem z tłumem monstrancja tworzą, nastrój
który ściska za gardło. Wprost czuje się w powietrzu, że wydarzyło się coś radośnie niezwykłego:
wesoły nam dziś dzień nastał.
Dawniej rezurekcyjnym dzwonom wtórowaly armaty, moździerze, strzelby, pistolety. Było to
niegdyś całkiem głośne nabożeństwo.
Po Primarii – pierwszej mszy po Zmartwychwstaniu Pana – w drodze do domów odbywał się
wyścig furmanek. Wyposzczeni ludzie śpieszyli na Wielkie Sniadanie.
Śmigus-dyngus. Po spędzonej w gronie rodzinnym, przeważnie na jedzeniu, niedzieli
wielkanocnej następował poniedziałek wielkanocny – dzień harców i swawoli, czyli wzajemnego
oblewania się wodą. Dzisiejsza nazwa tego obyczaju „smigus-dyngus” wzięła się z połączenia dwóch
wiekanocnych obrządków. Tak jak w czasie świąt Bożego Narodzenia „po kolędzie” przymawiając się
o podarek czyli kolędę, tak w czasie świąt Wielkiej Nocy chodzono „po dyngusie” przymawiając się o
dyng np. przyśpiewką:

Przyszedlem tu po dyngusie.
Leży placek na obrusie.
Tata kraje, mama daje,
Prosze o malowane jaje.

Poranne dyngowanie czy dyngusowanie kończyło się śmigusem: oblewaniem wodą. Zwyczaj ma
pewnie początek w czasach prasłowiańskich, kiedy głęboko wierzono w oczyszczającą moc wody. A
kościół wprowadzając poświęcenie wody właściwie tę wiarę usankcjonował, choć z początku był
staremu obyczajowi. Najstarsze świadectwo o śmigusie-dyngusie w Polsce pochodzi z czasów
Władysława Jagiełły. Jest nim uchwala synodu diecezji poznańskiej z roku 1420 pt Dingus prohibetur
potępiająca ten zwyczaj. W uchwale czytamy: Zabraniajcie, aby wdrugie i trzecie święto wielkanocne
mężczyźni kobiet, a kobiety mężczyzn nie ważyli sie napastować o jaja i inne podarunki, co pospolicie
nazywa się dyngować, ani do wody ciągnąć, bo swawole i dręczenie takie nie odbywają się bez grzechu
śmiertelnego i obrazy imienia Boskiego. Zakaz przez długie wieki okazał sie nieskuteczny. Dopiero w
naszych czasach zwyczaj jest w zaniku. Niestety słabnie również wiara katolicka.
Święcone. Nasze święcone to mały pikuś – by użyć współczesnego slangu – w porównaniu ze
święconym naszych przodków. Oto opis święconego u mieszcznina i rajcy krakowskiego Mikołaja
Chroberskiego przekazany przez dworzanina hetmana Jana Tarnowskiego (188-1561) Mikołaja
Pszonkę w liscie do żony Salomei: A czas już wielki, abym Waszeci opisał – tak tytułuje mąż żonę –
com widział i pożywał na święcone u Imci pana Mikołaja Chroberskiego rajcy, mieszczanina utściwego
(…). Stół okrągły na środku, wieki, dębowy, żeby stu ludzi koło niego wygodnie siadło i jadło. Obrus na
nim jeden wielki, ale w krzyż zaszywany. Na sześciu misach srebrnych, roboty wspaniałej, były mięsiwa
wieprzowe z zad. Na drugich sześciu było dwoje prosiąt okrąglutkich, kiełbasy najmniej po cztery
łokcie długie, a dziwnie pachnące i koloru krokoszowego,ciemnego ustrojone rzędami jaj święconych i
pisanek pomalowanych w przeróżnej barwie, ale najwięcej na rakowe. Mięsiwo miało cudną powłokę z
tłuszczu w różową barwę wpadającą. Pomiędzy tymi misami stały figury z ciasta przedniego,
wyobrażające dziwnie zabawne historyjki. Poncyusz Piłat wyjmował kiełbasę z kieszeni Mahometa, a
wiadomo, że Żydzi i Turcy nie jedzą wieprzowiny, więc to na nich epigramma były pocieszne. Na
samym środku stołu stał dziwnie piękny baranek z masła wielkości naturalnej owieczki (…) Przerwę w
tym miejscu sprawozdanie pana Pszonki; miał ci on żonę wymagającą i ciekawą, a stół był olbrzymi, więc opis zajmuje kilka stron. Trudno nawet w opisie wytrzymać taką obfitość jadła. A przecież
wyważony społecznie opis powinien zawierac jeszcze opisy wielkanocnych stołów magnackich,
szlacheckich i chłopskich; żadne z nich skromnością nie grzeszyły. Z kłopotu wybawi nas staropolska
„teologia stołu”. Według niej śniadanie powinno być jak kazanie (krotkie i treściwe), obiad jak msza i
kolacja jak nieszpory. A ponieważ każdy wspólny posiłek – i w dworku szlacheckim i chłopskiej
chacie – zaczynał sie i kończył modlitwą, niech więc dalszy opis staropolskiego świątecznego stołu
będzie w formie modlitwy:

Któryś raczył zgromadzić nas do tego stołu,
błogosław, co z korzeniem i co do rosołu.
Któryś stworzył zniczego niedostępne nieba,
raczże nam dziś przeżegnać i tę kromkę chleba
Święty Pietrze otwarłszy niedobyte sklepy,
błogosław nam pieczenią i to mięso z rzepy.
Miła święta Heleno z miłą świętą Anną,
przeżegnaj nam te kiszki pospołu z brytfanną.
Miły święty Adamie z swą małżonką Ewą,
przeżegnaj to, co z cukrem, i to, co z podlewą.
Wszystkie nasze potrawy, ba, i to, co z chrzanem,
błogosław nam nasz Panie;
mówmy wszyscy: Amen.
Olbracht Karmonowski Pacierz do stołu
(paczątek XVII wieku)

     Pytanie. Kto odniósł większe korzyści „dla duszy i ciała”: Czy nasi przodkowie pracowicie
przygotowujac święta, wypełniając to, co nakazywały obyczaje, czy my, udając się w okresie
świątecznym na Kubę, aby wygrzewać się na „kosmopolitycznych” plażach pod „kosmopolitycznym”
słońcem? Dla ułatwienia odpowiedzi jedna wskazówka i jedno ostrzeżenie. Wskazówka: Na podstawie
doświadczeń żony wiem, że babki (no, nie takie, że trzeba je taczkami wozić) doskonale udają się na
kanadyjskiej mące Weston. Ostrzeżenie: Zaniedbując zwyczaje zaprzestajemy świętowania, tracimy
konieczny dla pełni ludzkiego życia podział czasu na czas sakralny i czas powszedni, spuszczamy
Lucypera z łańcucha i sami uwiązujemy się na łańcuchu nudów czasu wolnego.

 „Słownik” opracowano na podstawie książek Hanny Szymanderskiej – pierwszej damy polskiej kuchni.

Kolejne artykuły z magazynu „Culture Avenue” już wkrótce.

__________
Uwaga! GoFundMe
W lutym miał miejsce cyberatak na stronę magazynu Culture Avenue, redagowanego przez
wiceprezes APS – Joannę Sokołowską-Gwizdka. Zniknęło ponad 1300 artykułów dotyczących
polskiej kultury poza krajem – zostały skasowane z bazy danych WordPress wraz z większością
plików, inne pliki zostały zainfekowane. Teraz strona jest odbudowywana. Jeśli chcesz
przyczynić się do odtworzenia strony i jej zasobów, możesz włączyć się do kampanii
crowdfundingowej

lub
kupić książki na Amazon: polsko-angielską o wielkiej szekspirowskiej aktorce Helenie
Modrzejewskiej i jej losach w Ameryce , czy też książkę o polskim teatrze na emigracji i
niezwykłych ludziach, którzy ten teatr tworzyli – monografię Salonu Poezji, Muzyki i Teatru
Marii Nowotarskiej z Toronto .
https://www.amazon.com/Received-People-Helena-Modjeska-Modrzejewska/dp/0615293441/
https://www.amazon.com/Teatr-spelnionych-nadziei-Kartki-emigracyjnej/dp/8380832779

 

 

share: